Polecam


Domki w górach

ROZMNAŻANIE

Ratujemy listki !!

Dotarły do nas upragnione, wyczekane, drogocenne listki i … tragedia – część z nich jest połamana !!! No i mamy stratę … buuuu….. ale czy na pewno ?
ratowanie listkówNiekoniecznie ….. :o  Jest sposób żeby je uratować. Nieraz jestem pytana co zrobić w takiej sytuacji i czy w ogóle można jeszcze “coś” zrobić. Ano można !! Z takimi listkami jest trochę trudniej, ale są do uratowania. Pokażę tu 2 sposoby jak je ratować.
Pierwszy prostszy i pewniejszy:
Listek należy pionowo wstawić w wilgotny keramzyt, pumeks czy seramis tak żeby miejsce gdzie była nóżka listka było schowane w wymienione podłoże. Pumeks i seramis są dość drogie i nie wszystkie punkty ogrodnicze prowadzą ich sprzedaż, ale keramzyt jest tani i popularny więc u każdego fiołkowicza powinien być pod ręką. Oczywiście do uprawy roślin domowych najlepszy jest ten drobny. Gruby keramzyt nadaje się tylko jako drenaż dla dużych roślin, czyli zdecydowanie przy uprawie fiołków nam się nie przyda. Listek powinien stać pionowo żeby nie był narażony na zalanie, bo jak wszyscy wiedzą fiołkowe listki nie lubią wody. W trakcie ukorzeniania takiego listka nie należy ruszać ani oglądać. Jeśli po trzech dniach nie zwiędnie to znaczy że mamy połowę sukcesu za sobą i najprawdopodobniej zaczął się już powolny proces wytwarzania korzonków. Oczywiście będzie trwało to co najmniej kilka tygodni. Jeśli wystarczy nam cierpliwości to dla pewności możemy poczekać aż do momentu kiedy z podłoża wyjdą młode roślinki i będą na tyle duże żeby przetrwały odłączenie od macierzystego listka i mogły podjąć już samodzielną egzystencję. Z doświadczenia jednak wiem że ludzie zarażeni “fiołkomanią” nie należą do najcierpliwszych :o , więc podpowiem że po około 2 miesiącach taki listek można bezpiecznie wyjąć z keramzytu bo będą na nim już korzonki i przesadzić go w normalne podłoże.
ratowanie listków (10)Bezpieczniej co prawda byłoby poczekać na młode rośliny, ale kto ma tyle cierpliwości …… :o
Drugi sposób trochę trudniejszy i mniej pewny to z blaszki liścia należy “wyciąć” nóżkę.
ratowanie listków (2)Jest to o tyle trudne że nie można przyciąć za mocno żeby nie skaleczyć naszej nowo powstałej nóżki, ale nie można też pozostawić za dużo blaszki liścia bo może wprowadzić proces gnilny, który zakazi nam całość i z ukorzeniania będą “nici”. Oczywiście do wycięcia takiego listka należy użyć jak zwykle przy fiołkach bardzo ostrego narzędzia czyli może być żyletka, skalpel albo coś równie ostrego. Trzeba też bardzo uważać żeby takiej nowo powstałej nóżki nie zgnieść, bo zgniotą się nerwy z których mają powstać korzonki i też nic z tego nie będzie. Po jakimś czasie podobnie jak na nóżce całego listka powinny pojawić się korzonki, jednak na ogół są one słabsze i mniejsze niż wtedy kiedy do ukorzeniania wstawiamy cały listek.
ratowanie listków (5)
Zdecydowanie polecam tę pierwszą metodę z keramzytem, bo ukorzenianie udaje się prawie w 100%, natomiast te “wycinane”  ukorzeniają się dużo trudniej i ukorzenić udaje się najwyżej 50%. Do zdjęć użyłam listków które sama latem ratowałam i jednego z przyciętych dziś do pokazania na zdjęciu jak powinno się “wycinać” nóżkę, ale na tych które ratowałam wcześniej wyraźnie widać że obie metody mogą być skuteczne i od dziś jak złamie się listek nie popadajmy od razu w rozpacz. Jeszcze nie wszystko stracone :o

Ukorzenianie fiołków – c.d.

Obraz 7362Tak wyglądają moje listki po blisko dwóch miesiącach pływania w mojej “szkółce pływackiej” Listki do wody trafiły 21 lutego a dziś mamy 17 kwiecień, więc łatwo policzyć.

Obraz 7361Oczywiście listki w takim stanie to ostre przegięcie. Do podłoża powinny trafiać jak pojawią się korzonki a nie młode rośliny. No ale niestety ja jestem z tych co to cierpią na chroniczny brak czasu i często tak bywa że wszystko w “ostatniej chwili”. A dlaczego tak brak mi czasu ? Nigdy nie potrafię usiedzieć w miejscu i jak tylko pojawia mi się odrobina wolnego zawsze coś nowego sobie wymyślę, no a potem okazuje się że wszystko co powymyślałam w tych “wolnych” chwilach kumuluje się, a z niczego nie potrafię zrezygnować. Czasami przychodzą chwile zmęczenia – szczególnie wiosną :o – i bardzo rzadko (ale jednak) marzy mi się posiedzieć i ponudzić się …. ale szybko wracam do swoich zajęć bo tak na prawdę nudzić się nie umiem i jak przyjdzie kolejna “wolna chwila” znów coś wymyślę a rozsądek mówi – DOŚĆ !!!  Pogodzenie domu, pracy i wszystkich pasji to i tak nie jest proste :o ,ale nie wyobrażam sobie być “śledziem kanapowym”. Wolę moją bieganinę, bo ciągle coś się dzieje i jest ciekawie.

Ale odbiegłam od tematu – tak powinny wyglądać ukorzenione listki w momencie kiedy wsadzamy je w podłoże.

Obraz 7412Teraz już mogę do końca polecić do “knotowanych” fiołków podłoże storczykowe. Jesienią i zimą eksperymentalnie wsadzałam je w takie podłoża różnych firm i niestety najbardziej sprawdziło się to najdroższe  - Substrala. W innych podłożach storczykowych też rosną, ale według moich odczuć te inne są za “ciężkie” dla tak delikatnych roślin jak fiołki. W tej chwili mój “ogród parapetowy” z dnia na dzień staje się coraz bardziej kolorowy. Część fiołków już kwitnie, a na pozostałych są paczki i kwitnąć zaczną lada dzień. Mam niesamowitą satysfakcję bo 99 % moich fiołków trafiło do mnie jako maleńkie listki, a teraz są takie piękne i gęste. Jeden piękniejszy od drugiego, ale kto je hoduje ten wie ile dają satysfakcji. Mam ich sporo, ale wciąż zerkam na kolejne odmiany których jeszcze mi brak. Szkoda że nie mam więcej parapetów, bo trzymanie ich z dala od okien całkowicie nie ma sensu. Takie rosnące dalej wyciągają mocno listki do światła i wyglądają jak żyrafa sięgająca po żarełko na sam czubek wysokiego drzewa, także lepiej mieć ich mniej ale za to pięknych.

Przed wsadzeniem listka z korzonkami wtykamy w otwór doniczki przygotowanego wcześniej knota, przytrzymując go nasypujemy podłoża do połowy doniczki, a następnie delikatnie wsadzamy listek z korzonkami i obsypujemy go podłożem do końca. Takiego listka za mocno nie należy przyciskać żeby nie oderwać delikatnych korzonków. Pierwsze podlewanie robimy delikatnie od góry żeby “uruchomić” knot, wstawiamy do pojemnika z keramzytem zalanym wodą i .. to już wszystko. Po kilku dniach złapie sie podłoża i będzie stabilny. No i pozostaje nam już tylko uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż najpierw wyjdzie z ziemi maleńka roślinka, która w kilka miesięcy osiągnie wiek dojrzały i po raz pierwszy nam pięknie zakwitnie. Fiołki na knotach podlewamy rzadko bo raz na dwa – trzy tygodnie czyli podlewamy go wtedy, kiedy zostanie trochę przesuszony i oczywiście poza pierwszym razem zawsze tylko od dołu.

Fiołek afrykański – knot

W związku z tym, że wielkimi krokami zbliża się wiosna temat rozmnażania i przesadzania roślin jest jak najbardziej na czasie. A przy okazji rozmnażania i przesadzania warto wspomnieć o “knotowaniu” takich roślin jak fiołek afrykański. Znam bardzo dużo osób które uwielbiają fiołki, ale nigdy nie potrafiły utrzymać ich dłużej. Nie raz słyszałam stwierdzenie że ja muszę uprawiać jakieś czary, bo fiołki w domu zachowują się jak kwiaty cięte – postoją piękne kilka dni, a potem umierają. Fakt że mąż w złości czasami nazywa mnie wiedźmą (jak byłam młodsza mawiał “..ty moja czarodziejko :o .. ” ) ale zaręczam że moje fiołki to nie czary. tajemnica powodzenia w uprawie fiołków tkwi w podlewaniu. Ta roślina nie zniesie zalewania, nie przeżyje też spryskiwania czy polewania listków – gnije. Często listki wyglądają jakby schły i wtedy podlewamy je jeszcze mocniej, a w ten sposób dobijamy tylko przysłowiowego kolejnego gwoździa do trumny. Fiołki podlewane w sposób tradycyjny powinny być zawsze suche, a podlewać się je powinno na kilka godzin przed tym jak zaczną więdnąć i to bardzo niewielką ilością wody. Spotkałam się już z różnymi sposobami podlewania, na przykład strzykawką lekarską. Sposób dobry, bo nie zalejemy w ten sposób rośliny ponieważ dawki wody są niewielkie, poza tym woda leci nam “kierunkowo” i nie pomoczymy listków. Tylko proszę sobie wyobrazić co stanie się z naszymi pupilkami jak postanowimy wyjechać na kilka dni…… jak by to powiedzieć …. mamy pozamiatane. W ten sposób fiołki należy podlewać codziennie i nie przeżyją naszego urlopu, czy choćby odwiedzin u babci. Jednorazowe większe podlanie przed wyjazdem tez nic nie da. Po powrocie zostanie nam tylko je powyrzucać bo zgniją. A  poza tym podlewanie strzykawką……hmmm….. przy tej ilości roślin jaką mam, prawdopodobnie nie robiłabym nic innego, tylko po pracy strzykawa w łapę … a potem już tylko spać i następnego dnia to samo i tak w koło. Uwielbiam kwiaty i mam ich w domu ogrom, ale podlewanie wcale nie zdominowało mojego życia :o . czasami tacy “domowi” znajomi pytają czy ja kiedykolwiek podlewam kwiaty. Oczywiście że tak, ale robię to minimalnym wysiłkiem. O tym jak ułatwiłam sobie życie w przypadku innych roślin kiedyś opowiem, ale dziś skupię się na fiołkach. Mam ich już sporo, a jak tylko wymyślę nowe miejsca będzie ich jeszcze więcej i codzienne podlewanie małymi dawkami byłoby bardzo kłopotliwe i czasochłonne. Wyczytałam kiedyś o knotowaniu fiołków. No i oczywiście postanowiłam spróbować, bo doszło już do tego że podlewanie roślin zajmowało mi już około 3 godzin dziennie i powoli radość  z “miecia” tej ilości roślin zaczynała mi uciekać. Knoty okazały się rewelacją !!! Pokażę więc o co chodzi z tymi knotami. Potrzebne są …. rajstopy :o . Inny materiał się nie nadaje bo cały czas zanużony w wodzie szybko zgnije i będzie po knocie. Żadne naturalne sznurki, czy inne delikatne materiały nie zdadzą egzaminu. Muszą być damskie cienkie rajstopy, ale takie najzwyklejsze, kupione w kiosku za 5 – 6 złotych. Należy pociąć je na paseczki. Z jednej pary rajstop wyjdzie prawdopodobnie kilkaset knotów, więc koszt jest żaden. Tak wyglądają moje knoty
Obraz 6870
Wkładam je w otwór doniczki, tak żeby sobie dyndał pod spodem. Nie musi wystawać aż tak długi jak na moim zdjęciu
Obraz 6890
ale trochę musi go wisieć, żeby bez problemu dosięgnął wody. Czytałam że ktoś ustawia je na głębszej podstawce przykrytej starą płytą, oczywiście ja też tak zrobiłam, ale już następnego dnia ktoś przechodząc w pobliżu okna trącił delikatnie moją półkę z fiołkami …. no i miałam – płyty są śliskie i kilkanaście fiołków na raz pojechało razem ze swoimi płytami na podłogę, a pozostałe też się powywracały – totalny kipisz – taki sposób odpada :o . Szukałam pomysłu, aż znalazłam. Doniczki w które wsadzamy fiołki powinny być małe, więc znalezienie pojemnika trochę większego od takiej doniczki nie jest trudne. Zaknotowaną doniczkę z fiołkiem wstawiamy do większego pojemnika, obsypujemy keramzytem (ale radzę poszukać jak najdrobniejszego) i zalewamy keramzyt wodą Podlewanie fiołków raz na 2 – 3 tygodnie, bo pomiędzy podlewaniami podłoże powinno trochę przeschnąć, byle nie za dużo.
Obraz 6881
Większość pojemników mam nie przezroczystych, bo w takich jak na zdjęciu z czasem robi się osad i trzeba często je myć żeby ładnie wyglądały. do zdjęcia celowo użyłam takiego fiołka, który stoi w dużo większym pojemniku żeby wyraźniej było widać o co chodzi. Szczerze mówiąc mimo takiego sposobu podlewania co poniektóre fiołki zaczęły mi podgniwać. Byłam załamana bo myślałam że będę musiała wrócić do tradycyjnego sadzenia i podlewania ich, ale wtedy …. eureka !!!  Fiołki muszą mieć przewiewne podłoże, a najbardziej przewiewne podłoże jakie znam to …. podłoże storczykowe. Jesienią zaryzykowałam na jednym egzemplarzu – takim reanimacyjnym, no i udało się. Fiołek odżył i dziś ma gęstą śliczną, błyszczącą rozetę. Spodziewam się lada dzień na nim pączków kwiatowych. Jak zakwitnie będę już miała potwierdzenie że przesadzenie było słuszne. Oczywiście do tej pory przesadziłam już jakieś 50 % swoich roślin. Poza tym poeksperymentowałam też z młodymi roślinkami i okazało się że sadzonki wsadzone w tym samym czasie w różne podłoża czyli storczykowe, takie z dodatkiem ziemi kaktusowej, inne z perlitem, a jeszcze inne z włóknem kokosowym i okazało się że w podłożu storczykowym przyjęło się 100% sadzonek i szybko wzięły się do rośnięcia, natomiast te w pozostałych podłożach zdecydowanie wolniej rosły. Teraz już wszystkie młode rośliny wędrują w podłoże storczykowe, dostają knota i rosną w zabójczo szybkim tempie.  Mamy połowę lutego i teraz nie ma kwiatów na żadnym z moich fiołków, ale już z niecierpliwością czekam na pierwsze pąki, bo jak zakwitną będę miała całkowitą pewność że to właśnie o to chodziło. Rozwiązałam sobie całkowicie problem zbyt czasochłonnego podlewania. Rozety fiołków które już przesadziłam do podłoża stoczykowego są gęste, liście są błyszczące i mają grube, zdrowe łodyżki, co doskonale widać na egzemplarzu ze zdjęcia. Jest to młody fiołek, który jeszcze nigdy nie kwitł, ale nie mam najmniejszych wątpliwości że czuje się świetnie.

Fiołek afrykański – rozmnażanie

Wielokrotnie jestem pytana o to jak rozmnażam fiołki. Oczywiście w tym co napiszę nie będzie nic odkrywczego dla tych którzy temat znają, ale może zdarzyć się że akurat zabłądzi tu ktoś początkujący i może troszkę pomogę. Sposobów na rozmnażanie jest kilka ale ja skupię się na tym jak sama to robię.

Najlepiej całą zabawę zacząć od przygotowania sobie pojemnika. Może być szklany, plastikowy, ale ja zawsze korzystam z przezroczystych. Wielkość pojemnika w zależności od tego jak dużo listków planuję ukorzeniać. Następnie ze styropianu przycinam kawałek odrobinę mniejszy niż pudełko żeby luźno mógł sobie pływać i żeby nie było problemu z uzupełnianiem wody. Obraz 6921

W styropianie robię spore dziurki żeby móc luźno włożyć w nie listki i od razu opisuję niezmywalnym pisakiem. Same listki najlepiej jest przyciąć dopiero w momencie jak wszystko jest gotowe, ale nie zawsze jest to możliwe. Jak wielu fiołomaniaków ja również często zdobywam listki w różny sposób i z różnych miejsc. Czasami taki listek musi przebyć kilkudniową podróż zanim trafi do mojej szkółki pływackiej i nie ma możliwości włożenia go do wody zaraz po ścięciu. Ale na to też jest sposób. Zawsze przed włożeniem do wody taki listek obowiązkowo trzeba przyciąć, bo przez czas kiedy był pozbawiony wody końcówka listka mogła obumrzeć i jeśli nie obetniemy takiej końcówki jest wielkie prawdopodobieństwo że obumarła część jest zakażona i zamiast się ukorzenić listek zostanie zarażony cały i po kilku dniach zgnije. Listki przycina się czymś bardzo ostrym.  Może to być żyletka, może być skalpel chirurgiczny albo inne równie ostre narzędzie. Ważne żeby końcówki, która powinna dać nam korzonki nie zgnieść, bo zgniotą się nerwy liścia i korzonków nie będzie dlatego tak ważne jest żeby narzędzie było baaaaaardzo ostre. Końcówkę listka należy przyciąć pod kątem – zwiększa to prawdopodobieństwo wypuszczenia korzonków, a poza tym z tak przyciętego listka najczęściej jest więcej niż jedna sadzonka, a wiadomo że nie wszystkie muszą przeżyć, więc każda jest ważna.Obraz 6918 Pozostawiony ogonek nie może też być za długi. Należy tak przyciąć listek żeby końcówka w żadnym wypadku nie dotykała dna przygotowanego wcześniej pojemnika. Listek musi swobodnie pływać.
Obraz 6945
I w ten sposób spreparowane listki należy pozostawić w świętym spokoju. Korzonki w zależności od warunków pojawią się po około 2 – 4 tygodniach. Najlepsze warunki to oczywiście ciepełko. Ja mam nad grzejnikami specjalne póły właśnie na fiołki i na tych półach pomiędzy doniczkami ustawiam pudełka z ukorzeniającymi się listkami. Mój sposób ukorzeniania listków nie jest ani odkrywczy, ani jakiś specjalnie dobry, ale nie korzystam z ukorzeniaczy, czy przyspieszaczy.Ten sposób ukorzeniania jest najbliższy naturalnemu a ja tylko z takich korzystam bo w ten sposób pozyskane rośliny są silne, zdrowe i dają prawdziwą satysfakcję. Przecież nie chodzi o ilość tylko o jakość.