Polecam


Domki w górach

irys żółty nadwodny

Żółty irys nadwodny

Obraz 3110

Przejrzałam swoje archiwum zdjęć i z zaskoczeniem stwierdziłam, że ta fotka jest jedyną jaką mam z tym iryskiem. Aż jestem zła na siebie bo przecież to takie cudo ! No nic, teraz przynajmniej wiem co mam do nadrobienia w przyszłym sezonie o:) .
To cudeńko, jak już wcześniej go nazwałam, lubi podłoże wilgotne, wręcz mokre, ale jest rośliną bardzo mało wymagającą i będzie równie pięknie rosła nawet na bardzo suchym i ubogim podłożu. Można często spotkać ja rosnącą dziko na brzegach jezior, rzek i na mokradłach. Świeci z daleka swoją przepiękną żółcią i rozświetla każdy, nawet ten najbardziej ponury zakątek. Uwielbiam wszystkie irysy, ale ten ze względu na swoją przepiękną żółć dostał u mnie baaaaardzo dużo miejsca, a właściwie to kilka takich miejsc. Pięknie wygląda jak kwitnie ale nie mniej piękne są jego grube, mocne, szablaste  i jak na irysa bardzo wysokie liście. Mój ogród przylega do rzeki, więc nie trudno się domyślić że  jakoś tak “niechcący”  zdominował roślinność brzegową w pobliżu :o ) .
Zawsze jak kwitnie przypomina mi się jak zdobyłam pierwszy egzemplarz tej rośliny. Były to czasy kiedy nie tak łatwo jak dziś sprowadzało się nowe, ciekawe roślinki. Zakup przez internet nie wchodził w rachubę, bo komputer był mi zupełnie obcy (aż trudno w to dziś  uwierzyć). W znanych mi sklepach ogrodniczych takich “zwykłych” roślin nie było. Nie miał go też nikt  z moich znajomych, a on mi się tak bardzo podobał …..
Często w sprawach służbowych jeździłam z moim Panem przez Mazury, a tam po drodze było takie miejsce gdzie co roku, z daleka je podziwiałam, aż któregoś roku kiedy znów tak się do mnie uśmiechał, a moje serce o mało nie wyskoczyło, pod pretekstem potrzeby rozprostowania kości poprosiłam o zatrzymanie się dokładnie TAM.  Mój Pan mąż nie był szczęśliwy, bo byliśmy zmęczeni, głodni, do domu daleko, a w tym miejscu dzicz -żadnej stacji paliw, żadnej najmniejszej knajpki, tylko jakieś mokradła. Byliśmy po dość oficjalnym spotkaniu to i nasz ubiór był odpowiedni na taką okazję – kiecka, szpilki, a mąż gajerek i pod krawatem, więc zatrzymywanie się na spacery po mokradłach w lesie i w dodatku w czasie siąpiącej mżawki …. może i nie był to najlepszy moment, ale wyjazdy w tym kierunku były rzadko i bałam się że przy okazji kolejnej wyprawy w te strony moje cudeńka nie będą już kwitły  i nie rozpoznam ich wśród innych trzcinowatych, a wtedy akurat były w pełni kwitnienia – taka okazja mogła szybko się nie powtórzyć, tylko jak przekonać męża żeby zechciał ze mną pójść tam w dół ….. od zawsze boję się wszelkich pełzaków i omijam podmokłe tereny, a to miejsce wygląda jak ssssyczący raj :o ) …. nie pamiętam już jak, ale jakoś mi się udało. Mimo wielkiego niezadowolenia mój Pan poszedł ze mną “pospacerować” coś tam bulgocząc pod nosem. Niby tak przypadkiem, skacząc w szpilkach po wystających kępkach, z sercem łomoczącym ze strachu że zaraz usłyszę jakiś sssyk z bliska, dotarłam do swoich irysów. Oczywiście nie poradziłam sobie z wyciągnięciem ich tak zwyczajnie rękoma. Moje ślubne szczęście zorientowało się w końcu, że ” nagła potrzeba rozprostowania kości” to był tylko fortel i nie chodziło mi wcale o żaden spacer, tylko o jakieś kolejne zielsko :o ) , trochę pogderał ale grzecznie wrócił do samochodu po saperkę, która zawsze z nami jeździ w bagażniku i w mżawkę, w jasnym garniturze wykopał kawałek karpy korzeniowej…….. o:) . Ale tak już ze mną jest, mogę bez żalu zrezygnować z wielu przyjemności, ale nigdy z chwasta który aktualnie wlazł mi do głowy i na szczęście moja rodzina pogodziła się z tym i już ze mną nie walczą